Kosior Karolina Zaprojectowana Project Management
Project management

Założenie zespołu to prosta rzecz

Czasami siadam z moim zespołem przy ciepłym burgerze i wodzie mineralnej (standardowy posiłek w dniu spektaklu) i wspominamy czasy, kiedy jeszcze byliśmy tylko grupką młodocianych, którzy chcieli osiągnąć coś więcej, zrobić więcej, zdziałać więcej. Oni byli durnowaci, ja myślałam, że nie jestem durnowata, ale z perspektywy czasu widzę, że durnowata to mało powiedziane. Jednakowoż łączyła nas jedna rzecz – pasja do teatru. A właściwie to dwie, bo jeszcze wszyscy równie mocno lubimy jeść.

A wszystko zaczęło się 4 lata temu. W czasach, kiedy naleśniki i makaron z cukrem to były rarytasy, bo z domu przywoziłam głównie pierogi ruskie i krokiety, a gotowanie nie szło mi najlepiej. Nie szło mi nawet dobrze. Właściwie to szło mi beznadziejnie. Nawet makaronu do cukru dobrze posolić nie umiałam. Nie żeby teraz za wiele się zmieniło.

Właśnie wróciłam z Krakowa, gdzie nie udało mi się znaleźć żadnej grupy teatralnej, która by mi odpowiadała i której odpowiadałabym ja. Pojechałam do mojego rodzinnego miasta – Świdnicy – i zaczęłam trying to find my berries. (<-klik!) A nie było to takie proste pośród zwykłych jagód wyhaczyć te właśnie jedyne boróweczki. Przekopałam wiele pokrzyków zanim je odkryłam.

W pierwszej kolejności zgarnęłam dwie osoby, które znałam z dawnych teatralnych lat, w tym mojego wtedy już posiadanego chłopaka. Wiecie taki reunion. Władca pierścieni drużyna pierścienia. Avengers comeback. I takie tam. Ale 3 to za mało i trzeba było kogoś dobrać. Problem polegał na tym, że nie wiedziałam, kto będzie na tyle poorany żeby dołączyć do mojego zespołu. Szukałam. Wołałam. Wyłam do księżyca po nocach, aż w końcu znalazło się kilku śmiałków, którzy niesieni moim zaangażowaniem i swoją pasją, co poniedziałek po szkole dojeżdżali do Wrocławia.

 

Początki bywają… em… są trudne

Oczywiście, że są. Mega turbo trudne. Chcesz się zabić co 10 minut, bo popełniasz gafę za gafą. Zachowywałam się mniej więcej jak taki źrebak, co się dopiero urodził i musi nauczyć się chodzić. Byłam klapciakiem. Ale wtedy pomyślałam sobie o ma ga I think I found my berries łatwo poszło, mam pełny zespół, czego chcieć więcej. Ano. Heh. Koleżanko. Łatwo przyszło, łatwo pójdzie… Jak się okazało to nie tyle chcieć, ale umieć trzeba było więcej. Ale ja uważałam, że umiem wszystko. Bo widzicie… ta zarozumiała dziewczyna pośród waszych znajomych, która doprowadza was do szału, bo wie wszystko najlepiej… to ja. Nie brałam pod uwagę najważniejszej rzeczy, która z perspektywy czasu wydaje mi się tak oczywista, że gdybym wtedy koło siebie stała, to sprzedałabym sobie lepę z łokcia na pysk z półobrotu jak nic.

 

zaprojectowana-project-management-zalozenie-zespolu-zespol

 

Zespół to ludzie, bardzo różni ludzie, którzy mają różne poglądy na różne sprawy, różne podejście do związków, do spędzania wolnego czasu, do spełniania obietnic, do kwestii jedzenia itd. Ale przede wszystkim każdy z nich inaczej odbiera to, co się do niego mówi. Jednego może skrzywdzić lekko podniesiony ton głosu, drugiego parsknięcie śmiechem, a trzeciemu nic nie przeszkadza i możesz go tyrać ile wlezie, bo w rzeczywistości jest jaszczurem i ma skórę twardą jak tytan. Nie rozumiałam tego. Każdego z moich ludzi traktowałam tak samo nie zważając na to, jaką krzywdę im robię i nie rozumiejąc, że…

…jedyne co ich wtedy łączyło to pasja do teatru. Ogromna. Bijąca od nich na kilometr. Jak koło nich przechodziłam to ta energia rozwiewała mi włos na głowie. Ale ja – geniusz – zamiast na tym budować naszą zespołowość, skupiłam się na wzbudzaniu strachu. Bo przecież jak będą się mnie bać, to będą robić to, co chcę. To jak stanie nad dzieckiem z pasem żeby uczyło się tabliczki mnożenia. I oczywiście jest to jedna z metod, którą kierownicy stosują dosyć często (z czym nawet osobiście miałam do czynienia i o czym na pewno w jednym wpisie wam opowiem). Dlatego, że skoro komuś zależy, to jak zagrozimy mu, że go wyrzucimy, albo zwolnimy, a nie ma on lepszej alternatywy, to mamy pewność, że z nami zostanie i będzie wykonywał nasze polecenia. Przy czym należy pamiętać, że jest to najgorsza metoda prowadzenia zespołu.

 

zaprojectowana-project-management-zalozenie-zespolu-zespol
To zdjęcie sprzed 2 lat. Mamy takie inside joke’i, do których się odnosi, a o których może jeszcze nie teraz. Ten papier toaletowy to świąteczny prezent ode mnie dla każdego Krześlanina.

 

Wzbudzanie strachu nie wzbudza szacunku. Ludzie robią to co im każesz dlatego, że się boją, a nie mają lepszej alternatywy. Nie dlatego, że bardzo i naprawdę tego chcą. Bo gdyby tylko znalazła się alternatywa odeszliby do miejsca, w którym mogą robić to, co kochają, a gdzie nikt by ich nie straszył. Jeżeli mamy lepszą opcję, to z niej korzystamy. A przynajmniej teoretycznie tak nam powinien podpowiadać nasz instynkt samozachowawczy. No chyba, że masz syndrom sztokholmski. To wtedy tak ci nie podpowiada.*

Wtedy nie wiedziałam tego wszystkiego i sypały mi się w zespole kryzysy za kryzysami. Jeden za drugim. Mniejsze lub większe, z naciskiem na te drugie. Był nawet moment, kiedy prawie wszystkich straciłam. Przez swoją pychę i dumę. No bo co, ja im daję szansę, a oni nie chcą, to niech idą szukać swoich borówek gdzie indziej skoro są tacy mądrzy.

 

Na szczęście są superbohaterzy

Na szczęście. Są.
W tym samym czasie, kiedy próbowałam zatrzymać przy sobie mój zespół z syndromem sztokcholmskim**, rozpoczęłam pracę z najlepszym kierownikiem ever. Każdemu życzę, aby na początku swojej drogi spotkał kogoś takiego. Za każdym razem, kiedy opowiadałam jej o tym, że mam problemy i chcę zrezygnować, ona szarpała mnie za mordę, strzelała lepę z łokcia na pysk z półobrotu i mówiła, że każdy może się poddać, ale nie ja. I nie mówiła tego dlatego, że była moim kierownikiem i tak wypadało. Ona naprawdę wierzyła we mnie. Chociaż przez 2 lata uważała, że ten mój teatr to jakieś takie fifarafa z pacynkami, to wierzyła we mnie. (Warto było zobaczyć jej zdziwienie, kiedy obejrzała mój spektakl po raz pierwszy <3)

To ona pokazała mi, że ludzi trzeba słuchać, że popełnianie błędów nie jest złe, ale trzeba nauczyć się za nie przepraszać. Że jeżeli wymagam czegoś od swojego zespołu, to sama przede wszystkim muszę to robić. Że trzeba cały czas rozmawiać i znajdować rozwiązania, ale przede wszystkim słuchać i wspierać – wierzyć w ich możliwości i zdolności. I ja uwierzyłam. Ale nie myślcie sobie, że ślepo podążałam za tym, co mój kierownik mówił. Tworzenie zespołu i uczenie się leadershipu to nie jest ślepe podążanie za tym, co ktoś ci mówi. To uczenie się od niego i wyrabianie własnego stylu dostosowanego do posiadanego zespołu. Do ludzi, z którymi pracujesz.

 

Znajdź your own direction

Znajdowanie swojego stylu zarządzania nie jest prostą sprawą. Często popełnia się błędy, którymi krzywdzimy bliskie nam osoby. Niestety wielokrotnie jest to nieuniknione. Możemy się oczywiście uczyć na błędach innych i zawsze, kiedy tylko możemy to zrobić, powinniśmy z tego korzystać. Pozwala to uniknąć wielu potknięć. Ale czasami jak sam nie spadniesz z huśtawki to nigdy nie zrozumiesz jak bardzo boli spadanie z huśtawki i dalej będziesz szarżował na meandrach wyboistych dróg emocjonalnego rozchwiania.

Kiedy już przeszłam długi i ciężki proces wstępnego rozpoznawania własnego stylu zarządzania (wstępnego, bo cały czas się uczę, cały czas szukam nowych rozwiązań) oparłam go przede wszystkim na wzajemnym szacunku, zrozumieniu i rozmowie. Zaczęłam analizować siebie (miałam wtedy 22 lata, a moje dzieci 18) z czasów, kiedy byłam w ich wieku, jakie były moje priorytety, jak odbierałam rzeczywistość i co doprowadzało mnie do szału.

Na tej podstawie ustaliłam jasny regulamin współpracy i zostałam mistrzem Yoda. Wolną drogę wyboru im, że mają pokazałam. Trudności, się które pojawiają, wynikiem nie zawsze są działań naszych im uświadomiłam. Często mają na nie wpływ czynniki zewnętrzne, ale kiedy wiemy, że to nasza wina, to trzeba przyjść i powiedzieć, że popełniliśmy błąd. Trzeba przeprosić. Spotykałam się z nimi, rozmawiałam, wysłuchiwałam ich trosk i zmartwień. Cieszyłam się z ich sukcesów i pomagałam w ich osiąganiu. Szanowałam ich czas i prosiłam aby szanowali mój i siebie nawzajem.

To była ciężka droga. Dopiero w momencie kiedy to wszystko zrozumiałam, wypracowałam swój system i wprowadziłam go w życie. Naprawdę kosztowało to nas wszystkich wiele łez, awantur, kłótni, rozstań, rozczarowań i bólu. Ale po tym, przez jakie trudności musieliśmy przejść, a o których na pewno opowiem wam w  którymś wpisie, staliśmy się rodziną. Jak małe cholerne papużki nierozłączki.

Dlatego też, kiedy znalazłam się w sytuacji, w której moje dzieci wylatują z gniazda, a pod skrzydła przyjmuję nowe pisklaki, jest to dla mnie naprawdę ciężki moment. Po 4 wspólnych latach, nagle oni odchodzą robić swoje rzeczy. Matkę swoją biedną na mrozie i deszczu zostawiają niczem ta cholera Balladyna. I chociaż oczywiście daję im wolną rękę, bo przecież nie zamknę ich w klatce, to w takiej chwili muszę stwierdzić, że Antoine Marie Jean-Baptiste Roger de Saint-Exupéry to nie miał racji pisząc, że jak coś kochasz to pozwól temu odejść, bo prawda jest taka, że jak coś kochasz, to przyczep to do kaloryfera i czekaj aż dostanie syndromu sztokcholmskiego.

 

Kosior Karolina Zaprojectowana Project management-zespol-zalozeniezespolu
Foty Aleksandra Jańczak, Maciej Gajdur, Daria Moneta

 

 

*Miałam do czynienia z osobami z syndromem sztokholmskim. Uważam, że to przez co przeszli i przechodzą jest straszne. Nie mam na celu nikogo obrażać, kiedy o tym wspominam.

**SztokCHolmski – Błąd jest celowy. Chcę odróżnić sytuację, w której mówię o tym na poważnie, a kiedy w kontekście żarcikowym. Wiem, że nie wszystkich bawią takie żarty i rozumiem to. Nie wszystkich muszą bawić. Ale nie oburzajcie się proszę, podejdźcie to tematu lżej 😉

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.