Kosior Karolina Planowanie Czasu zaprojectowana
Organizacja czasu

Dlaczego warto planować?

Kojarzycie na pewno sceny z filmów, kiedy zabiegany biznesmen/bizneswoman jadąc w aucie jednocześnie rozmawia przez telefon, uspokaja dziecko, je śniadanie, wykonuje makijaż i przełącza telefon na drugą rozmowę? No. Fantastycznie. Niezbyt optymistyczna i zachęcająca perspektywa? Zbyt duża ilość obowiązków w połączeniu ze słabym ogarnianiem to nie jest nic przyjemnego. A zaczyna się dużo dużo wcześniej niż ta opisana wyżej scena.

 

Czasie, ogłaszam cię winnym!

Myślę, że każdy z nas przeżył moment, w którym pomyślał o matkobosko gdzie ja jestem co się stało który mamy rok i dlaczego jestem w tak ciemnej dupie, co na logiczny język przekazujący informację tłumacząc brzmi mniej więcej jak jak to możliwe, że nie mam na to czasu. I to jest ta chwila, w której uświadamiamy sobie, że przerypaliśmy 90% czasu na oglądanie seriali i zamiatanie pustyni, a rzeczy, które mieliśmy na liście jak się nie zrobiły tak się nie zrobiły. Problem jest tylko taki, że nie widzimy w tym swojej winy, tylko szukamy kogoś lub czegoś na co możemy ją zrzucić. A najprościej jest zrzucić winę na czas prawda? Nie pokłóci się. Nie wywali ze stada. A wszyscy dookoła pokiwają głowami z politowaniem ojojoj jaki ten Maćko z Bodańca zabiegany, dzieciaku ty zwolnij bo się zapracujesz. 

A i ja i wy doskonale wiemy, że wcale tak nie jest. W 99% przypadków takie sytuacje to nasza wina. 1% zachowuję dla sytuacji losowych. Ale fajnie jest jak inni myślą że taki z ciebie superbohatyr w swoim domu prawda? Taki, co to na ostatnią chwilę, chociaż wcale nie ma czasu to i tak poczyni tę czynność, o której ktoś mu powiedział, że ma ją zrobić miesiąc wcześniej. Ale nikt z otoczenia nie wie, kiedy się o tym dowiedziałeś. Cwane. Nie ukrywam. Cwane. Przy czym cytując klasyka cwaniaki płacą podwójnie. Trust me. To są działania dobre na krótką metę. A raczej tylko na czas splendoru i braku zobowiązań, lub do momentu, kiedy nie zamarzy nam się osiągać więcej i robić więcej.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że są osoby, którym takie odkładanie do ostatniej chwili sprawia przyjemność/pozwala poczuć się lepiej i czują się w tym jak ryba w wodzie. Sytuacja, kiedy zwlekali z jakąś rzeczą, a i tak udaje im się ją osiągnąć chociaż włożyli w nią zdecydowanie mniej zaangażowania niż inne osoby z ich otoczenia, musi być niesamowicie motywująca i kusząca. Ale jednocześnie ogromnie ryzykowna. Zdecydowanie wolę inne rzeczy wywołujące adrenalinę, np. sypanie na oko soli do garnka, w którym gotuję makaron. Ciarki.

Ale gdybyś należał do ww. grupy prawdopodobnie nie czytałbyś tego wpisu.

 

Zanim zaczęłam planować

Dobra. Bez takich śmieszków. Ten podtytuł jest dosyć chwytliwy, ponieważ nie pamiętam w swoim życiu czasu, w którym nie planowałam. Już jako dziecko ustalałam na spotkania konkretne godziny i pilnowałam moich znajomych żeby się wywiązywali z obietnic. Pamiętam doskonale sytuację, w której zorganizowałam u siebie w domu zabawę sylwestrową i 2 dziewczynki nie przyszły przez co byłam z samymi chłopcami. Uwierzcie mi. Gdybym wtedy mogła. To bym je zwolniła. Ale skończyło się na szczęście tylko na dwutygodniowym zarekwirowaniem kena. Ooooh trust me. To był ból.

W związku z powyższym nie mogę jasno powiedzieć, że w moim życiu jest podział na nie planowałam – planuję. Ale miałam etap, kiedy przestałam to robić, bo YOLO! A jakże you only live once więc po co planować. To było takie złe, że gdybym była lisem to wskoczyłabym w śnieg aby tego nie oglądać. Waliło się wszystko. Moje relacje ze znajomymi i rodzicami, mój związek, którego wtedy nie miałam, szkoła, zajęcia teatralne. Wszystko, co było dla mnie ważne.

I można się tutaj zastanowić teraz, że jak to? Przez zwykłe planowanie wszystko zaczęło się walić? Tak. Zaczęło. Przestałam panować nad terminami, godzinami, spotkaniami, godzinowym braniem leków itd. Życie stało się po prostu trudniejsze, kiedy nagle przypominałam sobie, albo ktoś mi przypominał, że na wczoraj było do zrobienia to to i to i jeszcze włożenie słonia do karafki.

Dlatego też stwierdziłam, że muszę koniecznie z czegoś zrezygnować, bo NIE MAM CZASU. Więc zarzuciłam na jakiś czas moje ukochane zajęcia teatralne i… dostałam depresji. Dalej nie miałam na nic czasu, a dodatkowo nie mogłam robić tego, co kocham. Teraz też jest tak, że oprócz teatru kocham też chłopaka, ale no. Planowanie chłopaka zostawię na inny wpis.

W związku z tą sytuacją mój małoletni umysł przysiadł i zaczął analizować co jest ze mną nie tak. I nie wszedł w tym momencie do pokoju żaden z moich rodziców nie zarzucił jakąś filmową radą. Umówmy się. To się dzieje tylko w filmach, a nie w życiu zbuntowanych dzieciaków, które wiedzą lepiej, że zjedzenie 4 papryczek chili to najlepsze co teraz mogą zrobić. Proste to.

Po długim i bolesnym procesie przebijania się przez myśli o Naruto Disney Channel doszłam do wniosku, że to wszystko przez to, że przestałam zapisywać, co mam zrobić i analizować jaki będzie tego efekt, a zaczęłam iść na żywioł. Wyciągnęłam notes i zrobiłam prowizoryczny kalendarz. Poskutkowało.

 

Dobra, to po co to planowanie?

Wiecie już, że moje życie to 90% planowania 7%makaronu z cukrem i 3%pozostałych elementów. Dlatego też, korzystając z własnych doświadczeń, chcę wam pokazać, że planowanie to bardzo ważny element naszego życia. Ma on wpływ nie tylko na nas samych, ale przede wszystkim na naszych bliskich i osoby, z którymi współpracujemy, a także np. na psy- harmonogram wychodzenia na spacer jest bardzo ważny u piesełów i jest on harmonogramem. Kiedy jesteśmy zorganizowani wszystko staje się prostsze, a słońce świeci jakoś tak jaśniej i lepiej. Nie. Słońce tak naprawdę kiedyś wybuchnie i to dlatego tak świeci jakoś bardziej i jaśniej.

Planowanie pozwala nam przewidzieć efekty naszych działań. Nie robimy wszystkich rzeczy spontanicznie (nie mówię, że spontaniczność jest zła! żeby mi tu zaraz nie sapać) i na szybko. Możemy sobie wcześniej coś zorganizować, sprawdzić i stwierdzić, czy efekt końcowy jest zadowalający. A jeżeli nie jest, to zmienić podejście i sposób działania, bo dzięki planowaniu mamy na to czas.

Część z was pewnie teraz myśli dobra dobra nie wszystko da się zaplanować sfaniaczkuuuu i ja się z tym zgadzam! Ale jeżeli zaplanujecie wszystko to, co da się rozpisać, to wtedy rzeczy, które wpadają wam nagle nie są tak straszne jak w sytuacji, w której nie macie nic zaplanowane.

I to jest sedno planowania: redukcja stresu, działanie z wyprzedzeniem, łatwiejsza reakcja na kryzysy, więcej czasu na przyjemności, nie zamęczanie znajomych trajkotaniem o tym jak to wy nie macie czasu, pieniędzy i splendoru.

Trzeba tylko uważać żeby nie popaść w paranoję planowania, a o to nietrudno kiedy zachłyśniemy się tym jak dobrze się nam funkcjonuje kiedy wszystko jest zaplanowane.

Dla mnie brak planowania to trochę tak jakbym nagle przestała jeść, pić, spać [jak tamagochi] tyle ile potrzebuję.

Ale bądźcie spokojni – to, że nie urodziliście się z kalendarzem w ręku nie oznacza, że nauka planowania wam nie wyjdzie. Będzie to długi proces. Bolesny jak uderzenie w szczepionkę, ale myślę, że warto wytrzymać tę chwilę bólu.

Come with me!

Planowanie czasu Kosior Karolina Zaprojectowana

 

P. S. 1. Użyłam słowa ‚planowanie’ tyle razy, że przestałam wiedzieć, co znaczy.

P. S. 2. Ja nawet mojej mamie zaplanowałam poród na dwa tygodnie wcześniej żeby mieć urodziny w dzień wolny coby nie musieć dzielić się z dzieciakami słodyczami w szkole. Wiadomo, że wolałam je zjeść sama. Raz kupiła mi mama galaretki opolanki, to najpierw wyjadłam wszystkie malinowe i dopiero później rozdałam.

13 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.